Opowiadanie „Byś nie umierał za darmo”

Niniejszy tekst jest 9 z 9 artykułów traktującym o Słowianach: Mitologicznej Grze Fabularnej. Będzie opowiadanie z początku podręcznika Dagmary Adwentowskiej. Przejdź do strony głównej, w górnym menu wybierz O GRZE i znajdź kolejny interesujący artykuł. Miłej lektury!

Niniejsze opowiadanie powstało w ramach nagrody „Bajarz” na zbiórce wspieram.to i zostanie dodane do głównego podręcznika.

Byś nie umierał za darmo

Dagmara Adwentowska

Przy pomoście, przy którym podróżni oczekiwali na przewoźników, by przeprawić się przez Wielkie Łęgi, nie było ni jednej tratwy. Na brzegu ciemny krąg znaczył miejsce, gdzie ogniska palono, by ogrzać się i znak dać, że na przeprawę ktoś oczekuje. Moczar pluskał z cicha, szumiały olchy i wierzby.

– Tutaj stańcie. Rozpalcie ogień i czekajcie. Czasem dzień, czasem dwa, w końcu ktoś przypłynie. Jeno uważanie miejcie, panie, komu żywot swój powierzacie. – Obodryński przewodnik obrzucił grupę wojów i ich dowódcę bacznym spojrzeniem, szarpnął płowy, długi wąs.

Pomorzanin Jaromir wzrok od kożucha rzęsy i roślin wodnych skrywających ciemną toń oderwał, choć beztroski był z natury, udzielił mu się niepokój tubulca.

– Na co baczyć mamy?

– Przypływa czasem ktoś, kto nie na drugą stronę Łęgów podróżnych zabiera – wyszeptał Obodryn, z obawą i cichutko, jakby ktoś mógł podsłuchać.

– A gdzie?

– Takoż na drugą stronę. Poza granice świata, co śmiertelnikom przynależy.

– Do Nawii? – Pomorzanin zamrugał nerwowo. – Duch to?

– Nie… – Przewodnik pokręcił przecząco głową. – Człek jako ty i ja. Jeno dusza jego i rozum wzięty już. Opętało go.

– I jakże go poznam? Pianę z ust toczy lubo mowę obłąkaną? – dopytywał zaniepokojny woj.

– Gdzieżby tam. Jako każdy inny gada, jeno ponuro może krzynę bardziej niźli inni…

– To nie legenda aby jakowaś wasza? – upewnił się Pomorzanin, na co przewodnik z urazą wejrzał weń lodowatą.

– Jam go znał i był przy tym, jak mu zmarli duszę wzięli.

***

Ognie nad moczarem płonęły drugą noc. Rozedrgane, nie czerwone i żółte jak płomienie domowego paleniska, lecz zimne, zielonkawe i błękitne.

– Zmarli drogę sobie oświecają – szeptali starzy Obodryni i mieli rację. Kto się w takie ognie zapatrzył za mocno, dawał się uwieść. Szedł za nimi, aż go nad rozlewiska nie zwiodły, i już nie wracał. Tonął w błotnistej wodzie przesyconej zapachem gnijących roślin i sam stawał się jedną z dusz, co na Wielkich Łęgach swobodnie wędrowały między tym a tamtym światem. Nie dziwota, że drugiego wieczora na ostrowiu Krzywej Wierzby Bogdasz, starszy wioski, po domostwach zebrał dary, a to bobrzą skórkę, a to podpłomyk, a to płachtę lnu. Wszystko zrosił krwią zabitej na ofiarę kozy i w moczar cisnął, na przebłaganie zmarłych. Liczył, że to wystarczy. Od kiedy przeszłej wiosny zmarło się guślarzowi Lasocie, nie było komu odprawić prawdziwych rytuałów i serce Bogdasza drżało za każdym razem, gdy nad moczarem coś kotłować się poczynało. Matki zagoniły dziatki do chat rychło po zmierzchu, razem z nimi wpędziły świnie i psy, co w zwyczajne noce swobodnie chodziły po wyspie pośród rozlewiska.

Ta noc nie była zwykła. Po niej zaś nastał dzień, w którym Lederg Przewoźnik znalazł lisa.

Zwierzę wycieńczone leżało na kłodzie olchowej na skraju moczaru. Rude futro pokrywało błoto i młody Obodryn zapewne by biedaka nie zauważył, gdyby lis nie uniósł łba. Opuścił go zresztą zaraz, złożył na łapach i Ledergowi współczucie ścisnęło serce. Manewrując tratwą, zbliżył się do olchowego pnia, kaftan ściągnął z grzbietu, by pysk owinąć dzikiemu bądź co bądź stworzeniu. Ten jednak bez strachu czy oporu pozwolił się podjąć z pnia, przylgnął do piersi Przewoźnika jak dziecię. Palce wybawiciela musnął ostrym, szorstkim językiem. Musi być, że z wyczerpania nie atakuje ni nie ucieka ‒ pomyślał sobie zatroskany Lederg, pewnikiem drogę pogubił i moczar próbował przepłynąć. Wziął lisa do swej chaty, futro ogniste oczyścił delikatnie. Przy ogniu na skórach położył, skrawkami mięsa nakarmił. Tak też zastał go Bogdasz.

– Nie jak dziki spogląda, jeno jak domowa gadzina – rzekł na lisa spozierając, gdy już go Lederg podpłomykiem podjął i sokiem z brzozy.

– Może i oswojon. – Lederg nie przejął się nijak, odpoczywającego lisa pogładził miłośnie, jak się nie zwierzę, a rękę niewiasty kochanej czule gładzi. – Różne to obyczaje dziwaczne po świecie szerokim. Ktoś sobie i przyhołubić mógł rudzielca, a potem odumrzeć czy zagubić się.

– Po świecie dziwaków pełno, ale u nas koło doma to się psa trzyma lubo kota, nie stworzenie dzikie, co w borze żyć powinno – sarknął na to Bogdasz.

– Toć jedna jaskółka ani wiosny nie czyni, ani zwyczajów całego rodu jaskółczego nie odmienia. – Lederg machnął ręką z irytacją. – Ględzicie jak stara baba, Bogdaszu.

– Byś więcej starych bab słuchał, więcej umu byś miał. A i żonę, co by ci łoże grzała, i dziatki, pociechę na teraz i wsparcie na sędziwy wiek. Lis w domostwie tylko w jednej postaci znaleźć się może. Jako kołnierz do szuby zimowej…

– Nie! – ryknął na to z nagła Przewoźnik, białkiem oka błysnął i zębami, co je obnażył jak warczące zwierzę. Skoczył, by lisa przed Bogdaszem osłonić, a i kubek z kory z dłoni mu wytrącił. – Idźże ty precz, dziadu zatracony. Jeno krakać umiesz jak stara wrona!

– Nie kraczę, a pouczam. – Bogdasz z miejsca się podniósł, zbladł jak ściana wapnem pobielona. – Weź ty owego lisa i ostaw tam, gdzieś go nalazł.

Wyszedł wzburzony zaraz potem, z sercem ściśniętym obawą. Nagły gniew spokojnego dotąd Lederga wzbudził jego niepokój. Lecz w prawdziwe osłupienie i lęk lis go wprawił, co spoglądał zza swego pana ślepiami żółtymi jak jantar. Przysiągłby, że zwierz spoglądał z satysfakcją, a nawet się uśmiechał. Pozbyć się go należało rychło, bo mrzonką było, iż Lederg uczyni to sam. Umyślił sobie Bogdasz, że zakradnie się do chaty Przewoźnika, gdy ten tratwą na skraj bagien popłynie, gdzie zwykł wyczekiwać na nielicznych podróżnych pragnących przeprawić się przez Wielkie Łęgi. Jeden cios okutego żelazem kija załatwi sprawę, dumał sobie. Moczar truchło lisowe połknie. Nawet i śladu nie zostanie.

Tak też i uczynił dnia następnego. Kołek wyjął ostrożnie, którym odrzwia były podparte. Chata cicha była i pusta, tylko w palenisku skwierczał dogasający żar. Legowisko zwierza rozgrzebane było, lecz ciepłe jeszcze. Jakby lis przed momentem ledwie wstał i poszedł… Zaczaić się, ukryć, by zaatakować znienacka ‒ pomyślał Bogdasz i ślinę przełknął. Palce sękate jak korzeń starego dębu mocniej na pałce gwoździami nabitej zacisnął. Czy lis był wysłannikiem lubo sługą mieszkańców zaświatów, czy dusza zabłąkana go opętała – niebylejakim i niezwięrzęcym rozumem teraz rozporządzał, co rozeznanie mu dawał w ludzkim strachu i czynach, do jakich człek jest zdolny.

– Na imiona bogów zaklinam cię, na Peruna gromowładnego, na Mokosz, co domy nasze chroni, na Welesa, pana Nawii. Ukaż się i powróć w zaświaty.

W kącie, gdzie Lederg więcierze do naprawy rozwiesił, zaszeleściło coś jakby nieśmiało. Miękkie łapy postąpiły po glinianym klepisku.

– Zgodzisz się, a gościniec hojny jako panu wielkiemu dam ci na drogę – przemówił Bogdasz, zachęcony lisim zaciekawieniem. – Czego trzeba ci? Strawy, napoju, przyodziewy? Może towarzysza zwierzęcego? W ofierze złożym i podąży za tobą do twego domu.

Lis wysunął się spomiędzy sieci, zakląskały poruszone kamienne i gliniane obciążniki. Oczy zwierzęcia płonęły.

– Czego ci trzeba?

Bogdasz drgnął, o krok się cofnął. Głos nierzeczywisty, pusty i jakby pęknięty, a jednak niewątpliwie niewieści, dobywał się z paszczy lisa. Ta jednakże równie była nieruchoma jak bursztynowe spojrzenie, które zwierz utkwił w starszym wioski.

– Czego trzeba ci? Miano daj swym pragnieniom.

Czoło starca zaperliło się potem. Za wiele długich zim jednakże Bogdasz na karku nosił, za wiele widział i wiedział, by dać się łatwo zbić z pantałyku.

– Jeśli to uczynię, spełnisz moje życzenie?

– Nie za darmo.

– Tak czy nie?

Lis pomału kiwnął łbem na znak potwierdzenia i Bogdasz odetchnął. Wróciła mu nadzieja, że uda się duszę zbłąkaną w zaświaty wyprawić bez pośrednictwa żercy czy guślarza, wioskę ocalić przed dotykiem zmarłych. Nie za darmo ‒ tak rzekło zwierzę… ale wszak nic, co cenne, nie jest za darmo. Tego także Bogdasz nauczył się w ciągu swego życia.

– Jaka zatem jest cena?

Szukali go od południa, a znaleźli po zmierzchu. Ciało rozciągnięte w zaroślach zdążyło już stężeć, strużki krwi z rozciętych nadgarstków, co ich moczar nie wypił, zakrzepły w brunatne szlaki między kępami bagiennej trawy i ziół. Obok kozik leżał z rogową rękojeścią, którym Bogdasz sobie ode zawsze przy jedzeniu pomagał. Wrzask się podniósł i lament, w ciżbie lisich tropów wokół ciała nikt nie przyuważył, a każdy zdeptał bezrozumnie. Jak i wcześniej nikt nie dostrzegł starca oddalającego się od osady, ofiary, co się w zaroślach odbyła. Ani lisa chłepczącego gorącą juchę wprost z ran, gdy w oczach Bogdasza gasło życie, a ciągle paliła się nadzieja.

Ta sama wiara rozbłysła w spojrzeniu Żyrborki, gdy głos niewieści, nierzeczywisty i nie z tego świata zapytał się jej, czego pragnie. Ledwie utuliła do snu swego syneczka, przedtem odwarem z kory wierzbowej go spoiwszy, by nie czuł bólu. Dziecię gasło od roku, cierpienie szarpało mu trzewia, a serce matczyne na strzępy darły krzyki i zawodzenia synowe. Czegóż by chciała, toć jedyne było, czego pragnęła na świecie całym – ponad bogactwa odległych plemion czy szczęście własne. Wiedziała, że słuchać głosów zdusz nie wolno, ni wchodzić z nimi w pakty. Wiedziała też jednak, że zmarli moc mają śmiertelnikom niedostępną. Pocałowała blade czółko i wątłą rączkę syna.

Znaleźli ją nazajutrz, w dniu, w którym pochowali Bogdasza. Powiesiła się na wierzbie na skraju ostrowia, tej samej, z której korę obierała, by syneczkowi kordiały cierpienie kojące uwarzyć.

Trzeci był Niemił, brat Żyrborkowy. Siostra mu syna pod opieką zostawiła, swą nadzieją wpierw się podzieliwszy, lecz nie zamiarami. Patrzył Niemił, jak z dnia na dzień kolory powracają na twarzyczkę dziecięcia, jak siła wypełnia słabowite dotąd członki. Snuć się począł po ostrowiu, aż wreszcie na lisa natknął się i życzenie rzekł. Ciało jego na moczarze dnia następnego wypłynęło, twarzą w dół unosił się na wodzie, wodorosty czepiały się długich włosów.

***

– A za co Niemił życie oddał? – spytał Jaromir, z jawnym już strachem na przestwór ciemnej wody drzewami zarośnięty spoglądając.

– Chciał, by guślarz lubo żerca do Krzywej Wierzby przybył i osiedlił się między nami, przed tymi, co z zaświatów przybywają wioskę chronił – odparł ponuro przewodnik.

– Między nami?

– Ja jestem Pełka, syn Żyrborkowy, co ozdrowiał i dzięki ofierze matki zawrócił spod bram Nawii. Widzicie, czasem lis dotrzymywał danego słowa i spełniał życzenia. Częściej jednakże łgał. Jak to lisy mają w zwyczaju.

– Tedy guślarz nie przybył?

– Nie… wielu z własnej ręki pomarło, aż starki nasze wreszcie obaczyły, że lis między nami jako w kurniku grasuje. Do jednej z chat zapędziły gadzinę. Kłonicami zatłukły. Ponoć ludzkim głosem płakał, jak konał.

– A Lederg?

– Ten dla odmiany jak zwierzę dzikie zawył, gdy truchło zobaczył… zezwłok lisi porwał, na swą tratwę skoczył i odpłynął. Czasem jednak pojawia się, po moczarze pływa. Podróżnych zapytuje, zali ich życie więcej warte, zali śmierć. I za co żywot oddać są gotowi. Tedy uważajcie. Komu obiecujecie i co.

Pokiwał Jaromir głową skwapliwie, a i długo potem Pełkę upraszał, by został z nim, by potwierdzić, że przybyły przewoźnik żywym służy, nie umarłym. Milczał później całą drogę, wsłuchany w ciche pluskanie wody o belki tratwy.

Raz czy dwa zdało mu się, że daleko, pośród spowitymi oparem pniami drzew, dostrzega chybotliwy zarys męskiej sylwetki pochylającej się jak przy wiosłowaniu. Plama rudego, lisiego futra kołnierza nieznajomego odznaczała się wśród szarości plamą żywą jak świeżo wytoczona krew.

1 komentarz do “Opowiadanie „Byś nie umierał za darmo””

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *